Stowarzyszenie Przyjaciół Ziemi Gliwickiej

Zarys historii rodziny Hegenscheidt

Zarys historii rodziny Hegenscheidt

Janusz Antonik, Michał Stawowiak

Wstęp

Niniejszy artykuł został przygotowany w ślad za opracowaniem Pana Ronalda Winklera, osoby która mieszkała i kształciła się w dawnej szkole założonej w posiadłości  rodziny Hegenscheidt w Ornontowicach po zakończeniu II wojny światowej. W artykule tym wykorzystano również opisane wspomnienia Pani Stefanii Zopołki, Łucji Skopińskiej oraz Anny Adamczyk, które były związane z folwarkiem w Ornontowicach.

Słowem wstępu, należy wspomnieć, że okręg starego miasta Altena (Westfalia)
to prastara kolebka przemysłu druciarskiego w Europie. Miasto otrzymało w roku 1456 specjalne przywileje dla tej działalności przemysłowej. W roku 1726 utworzono statut cechu, który między innymi nie dopuszczał obcych pracowników do tego przemysłu, jedynie synów z rodzin o wieloletniej tradycji w tym zawodzie.

 

 

 

 

 

 

 

Fot. 1. August Wilhelm Hegenscheidt [7]

Johannes Hegenscheidt urodził się  w 1652 r. Około 200 lat później na świat przyszedł August Wilhelm Hegenscheidt (fot. 1), urodzony w 1823 r. jako najmłodszy z pięciorga rodzeństwa, przybył na Górny Śląsk. Zaskakujący jest fakt, że August Hegenscheidt ukończył jedynie szkołę podstawową i praktycznie od 15 roku życia ciężko pracując, i zarabiając na własne utrzymanie, był już człowiekiem samodzielnym. Miał bardzo surowego
i wymagającego ojca, z kolei jego matka była uosobieniem dobroci i spokoju. Po śmierci ojca August odziedziczył razem z dwoma żyjącymi braćmi po 6000 talarów. W wieku 29 lat postanowił zgromadzone pieniądze, jak również pieniądze pożyczone od braci, przeznaczyć na założenie w roku 1852 i uruchomienie fabryki drutu w Gliwicach (fot. 2) [1, 5].

 

 

 

 

 

 

 

Fot. 2. Fabryka drutu w Gliwicach, rok 1900 [8]

Pomysł na założenie fabryki drutu, gwoździ i łańcuchów powstał obok linii kolei wąskotorowej, poprowadzonej równolegle do koryta Kanału Kłodnickiego w Gliwicach


(fot. 3). August wykorzystywał w pełni swoje umiejętności zawodowe oraz doświadczenie,
a przede wszystkim silną wolę, co spowodowało, że sprowadził na początek pierwszą maszynę parową o mocy 15 KM (fot. 4). Warto podkreślić, że w tym samym roku wystawił we Wrocławiu swoje pierwsze wyroby na sprzedaż. Pięć lat później, a dokładniej w roku 1857, wybudował pierwszą na Górnym Śląsku walcownię drutu i również w tym samym roku ożenił się z Johanną Fryderyką Hesse, która posiadała 8300 talarów w obrocie handlowym. Ten zastrzyk finansowy był dla Augusta bardzo ważny i pozwolił mu na zakup drugiej maszyny parowej o nieco mniejszej mocy 10 KM [1]. Warto podkreślić, że w ówczesnych czasach fabryczne maszyny parowe, zaliczały się do maszyn parowych stacjonarnych, bowiem wielu z nas kojarzy maszynę parową z lokomotywą lub ogólnie z kolejnictwem, napędzały one pozostałe – mniejsze maszyny rozlokowane na terenie fabryki lub zakładu poprzez system skórzanych pasów transmisyjnych, co było powodem bardzo częstych wypadków przy pracy. Niestety znane obecnie silniki elektryczne nie były wówczas
w powszechnym wykorzystaniu z uwagi na słabo rozwiniętą ich konstrukcję oraz relatywnie wysoki pobór mocy elektrycznej z sieci zasilającej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Fot. 3. Fabryka drutu w Gliwicach, po lewej stronie zdjęcia widoczne jest korytko Kanału Kłodnickiego wraz z cumującymi barkami oraz linia kolei wąskotorowej, rok 1901[8]

W pierwszym etapie produkcji zbyt wyrobów w postaci drutu stalowego, łańcuchów oraz gwoździ był mocno ograniczony, co spowodowało kłopoty finansowe i wątpliwość w dalszy sens produkcji tych wyrobów. Do tego kryzysu w obrotach handlowych doszła szerząca się wówczas epidemia cholery. W tym okresie niepowodzeń August Hegenscheidt uległ przy uruchamianiu maszyny parowej bardzo poważnemu wypadkowi, tracąc prawą rękę. Był jednak człowiekiem twardym, zawziętym i wytrzymałym na ból. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale paląc spokojnie swoją fajkę, poddał się amputacji ręki bez narkozy
i środków znieczulających. Nie czekając przystąpił do intensywnych ćwiczeń w pisaniu lewą ręką [1].

 

 

 

 

 

 

Fot. 4. Maszyna parowa w fabryce drutu, rok 1858 [8]

W kolejnych latach zapotrzebowanie na wyroby druciarskie, gwoździe i łańcuchy wzrastało, rozwijał się bowiem przemysł na Górnym Śląsku, powstawały coraz to nowe zakłady i wytwórnie. Patrząc na dane z tamtego okresu dowiadujemy się, że dochód roczny fabryki drutu w 1858 roku wynosił 25382 talarów, w roku 1864, aż 138509 talarów, natomiast w 1865 roku 197952 talarów, a w roku 1866, aż 213387 talarów, co świadczyło o bardzo wysokim progresie wynikającym z trafności podjętej decyzji w kierunku produkcji wyrobów stalowych takich jak drut, gwoździe i łańcuchy.

August Hegenscheidt został słusznie odznaczony na wystawie światowej w Wiedniu
w 1873 roku, wtedy też rozpoczął poważną rozbudowę swojej fabryki, w której produkcja roczna różnych wyrobów dochodziła do 50000 ton, co było bardzo dużą ilością jak na ówczesne czasy.

Warto w tym miejscu nadmienić, że August Hegenscheidt był również współzałożycielem Górnośląskiego Przemysłu Kolejowego. Miał sześcioro dzieci. W jego rodzinie preferował zawsze surowy patriarchalizm. Był bardzo wymagającym człowiekiem, szczególnie pod względem pilności, aktywności, punktualności oraz czystości nie tylko
w domu, ale również w zakładzie produkcyjnym, co bez przerwy przyczyniało się na jakość produkowanych przez niego wyrobów. August był człowiekiem honoru, ponadto był rzetelnym kupcem i żył zawsze po chrześcijańsku. Jego żona, Johanna, miała poważne trudności, by sprostać wymaganiom męża jako gospodyni domowa oraz matka. Jednak jej psychiczny wpływ na męża było bardzo silny, szczególnie wówczas, gdy August rozważał głośno w formie monologu bieżące ważne kwestie i problemy zawodowe, trzeba w tym miejscu podkreślić, że wtedy obecność jego żony była niemalże obowiązkowa [1].

W procesie wychowania dzieci nie brakowało niestety przemocy fizycznej,
co w obecnych czasach wielu z nas słusznie krytykuje. August Hegenscheidt, był stale przytłoczony intensywną pracą zawodową, spotykał się ze swoimi dziećmi tylko przeważnie w czasie posiłków, wówczas również przestrzegał surowej dyscypliny. Czas ten wykorzystywał dla kontroli postępu wiedzy dzieci, ich rozwoju, stawiając im pytania kontrolne na różne tematy. Podczas uroczystości rodzinnych obowiązkowo wybrane dziecko musiało przemówić, na wybrany temat, przy stole. Przemowę tą August traktował to jako praktyczne ćwiczenie dykcji swoich dzieci. August był bogobojny i podchodził do spraw kościelnych z dużym respektem. W niedzielę w gronie rodzinnym sprawował mszę domową, często z odczytaniem kazania na określony tematy. W wolnych, których niestety miał niewiele, chętnie uczestniczył w wycieczkach i chociaż nie był muzykalny, to z wielką przyjemnością i natchnieniem słuchał piosenek marszowych, czasem również tanecznych. Jego córka Anna grała często na fortepianie różne ulubione piosenki Augusta.
Boże Narodzenie Hegenscheidtowie spędzali w gronie rodzinnym, zawsze bardzo uroczyście. Obfite dania były przeznaczone również dla całej obsługi domowej. August wymagał
od swoich dzieci występów recytatorskich oraz śpiewu. Ta silna ojcowska ręka, rzec
by można patriarchalna, wywarła duży wpływ na wychowanie i psychikę syna,
Otta Hegenscheidt, urodzonego w 1867 roku, który wiernie i starannie w swoim życiu kontynuował postępowanie swojego ojca [1].

Otto Hegenscheidt – syn Augusta

Otto Hegenscheidt (fot. 5) ożenił się z 24 letnią Lucją Kunheim, urodzoną w 1870 roku w Berlinie. Ojciec Lucji, Louis Albert Kunheim, pochodził z Serbii i był wysoce inteligentnym, uzdolnionym oraz przedsiębiorczym człowiekiem, a także znanym w Berlinie kupcem. Lucja wychowywała się w dobrobycie i była bez konkretnego wykształcenia,
a co gorsza bez wyraźnej ambicji (był to typowy los kobiet w XVIII i XIX wieku), dlatego też łatwo i chętnie zaakceptowała nowe środowisko na Górnym Śląsku [2].

 

 

 

 

 

 

Fot. 5. Otto Hegenscheidt [6, 7]

Lucja była piękną, inteligentną i co ważne zdolną kobietą. Często i z chęcią pisała wiersze rymowane, czasem także satyryczne i krótkie przedstawienia o treści związanej
z najbliższym środowiskiem. Jej dzieci, Ruth, Ewa i Klaus, recytowały często te wiersze
lub grały krótkie przedstawienia podczas uroczystości rodzinnych, o których wspominano wcześniej.

Ojciec Otta – Autgust, wykupił od Towarzystwa Akcyjnego Przemysłu Węglowego
i Kolei mocno zaniedbane obszary ziemi, łąki i lasy w ilości 7000 morgów (to jest 1750 ha) wraz z folwarkami w Ornontowicach oraz w Wielkim i Starym Dębieńsku. Przed śmiercią
w 1891 roku August Wilhelm Hegenscheidt przekazał te dobra swojemu synowi Ottowi [2].

Otto Hegenscheidt postawił sobie za główny cel życiowy ten odziedziczony po ojcu majątek, powiększyć, ulepszyć, unowocześnić, a zarazem upiększyć. Pokaźny kapitał wprowadzony przez Lucję do małżeństwa umożliwił Ottowi spełnienie wszystkich zaplanowanych przez siebie marzeń, zamierzeń i planów. Były to jednak trudne i karkołomne zadania, które doprowadzały nierzadko w rodzinie do kłótni, ponieważ twarde życie
w środowisku wiejskim wymagało dużego poświęcenia również ze strony żony. Otto stale powtarzał, że jego żona Lucja przywiozła miejskie maniery do Ornontowic.

Otto rozpoczął, niczym prawdziwy gospodarz, od najtrudniejszych
i najkosztowniejszych zadań terenowych, to jest od melioracji nisko wydajnych użytków rolnych. Była to poważna i do tego bardzo kosztowna inwestycja, ale niezbędna,
aby produkcja rolna stała się opłacalna i w ogóle możliwa. Ciekawostką jest to, że w trakcie prowadzenia na poszczególnych parcelach przez KWK „Budryk” prac inżynieryjnych,
w postaci głębokich wykopów o szerokości 4 metrów i długości ponad 230 m, można było przekonać się, z jaką dokładnością i pieczołowitością 100 lat temu układano na dwóch poziomach siatkę drenarską, o czym opowiada w swoich wspomnieniach Pan Roland Winkler. Obecnie, niestety wspomniana siatka drenarska jest poprzerywana i zniszczona przez różne inwestycje przemysłowe.

W kolejnych latach Otto Hegenscheidt rozbudował budynki inwentarskie
i gospodarcze, w tym stodołę w Ornontowicach oraz nowoczesną oborę  zbudowaną w 1903 roku w Dębieńsku. Zastosowana wówczas w budynkach inwentarskich tak zwana mała mechanizacja stanowi do dziś przykład nowoczesności oraz praktyczności i użyteczności
w tej dziedzinie. Otta cechował zmysł nowatorski: sprytnie wykorzystując spadek terenu obok budynków inwentarskich, wybudował w Ornontowicach, bardzo nowoczesną, dwupiętrową stodołę, uważaną jeszcze po II Wojnie Światowej przez polskich fachowców za szczyt myśli technicznej i niezwykle śmiałe rozwiązanie jak na ówczesne czasy. Przy wymianie dachówki, której zużyto na pokrycie stodoły około kilkunastu ton, stodoły w latach 60 ubiegłego wieku, polscy budowniczowie podziwiali kunszt rozwiązania tak skomplikowanej konstrukcji nośnej dwupiętrowej stodoły, rzecz bardzo rzadką na skalę krajową, a kto wie czy i nie światową. Obok stawów Otto Hegenscheidt wybudował przechowalnię lodu naturalnego, służącą przez cały okres letni do schładzania mleka i innych produktów spożywczych, pełniącą rolę dzisiejszej chłodni, a także do produkcji lodów jadalnych. Jako ciekawostkę warto dodać,
że Pan Roland Winkler opisuje w swoich wspomnieniach, iż osobiście brał udział
w eksploatacji lodu. Ta nowoczesna baza gospodarcza w Ornontowicach służyła w latach powojennych jako zaplecze dydaktyczne dla tamtejszego Technikum Rolniczego [2, 6].

Klaus Hegenscheidt – syn Otta

Otto Hegenscheidt wybudował również sporej wielkości dom mieszkalny nazwany przez miejscową ludność zamkiem oraz zespół ogrodniczy dla własnych potrzeb. Budowę neorenesansowej siedziby rodu Hegenscheidtów zlecił uznanemu berlińskiemu architektowi Hugoowi Hartungowi, do dzisiaj rysunek posiadłości przechowywany jest w berlińskim Muzeum Architektury. Odstąpił duży obszar ziemi na budowę kościoła w 1893 roku
i budynków towarzyszących w Ornontowicach. Był patronem tej budowy i wraz
z mieszkańcami realizował tę wielką i ważną dla mieszkańców inwestycję. Jego syn Klaus Hegenscheidt (fot. 6) z żoną Annemarie byli opiekunami kościoła w Ornontowicach,
aż do zakończenia II Wojny Światowej. Dzięki dużej fortunie żony Lucji Hegenscheidt umiejętnie wykorzystywanej przez Otta stworzono synowi Klausowi nowoczesne zaplecze
do dalszej wydajnej i możliwie nowoczesnej produkcji rolnej. Nawet po II Wojnie Światowej wszyscy użytkownicy ziemi rolnej w Ornontowicach i Dębieńsku mieli zapewnione wysokie plony rolne. Dalsze inwestycje rodzina Hegenscheidtów realizowała również na terenie gminy Orzesze, gdzie wybudowała w roku 1912 kościół i była, aż do zakończenia II Wojny Światowej jego patronem. Otto ufundował dla tego kościoła wyjątkowo cenny witraż, który nosi imię Ducha Świętego. Witraż ten przedstawia Zesłanie Ducha Świętego, który
w promieniach światła i ognistych językach zstępuje na mężczyzn i kobiety z czasów apostolskich, jak również, co ważne,  na ludzi współczesnych. Dzieło to jest bardzo wiernym obrazem biblijnego opisu zesłania Ducha Świętego. W lewej części witraża widać Matkę Chrystusa i jednego z apostołów, natomiast w prawej części przedstawieni są dwaj inni apostołowie. Środkowa część witraża ukazuje klęczących ludzi współczesnych, reprezentujących tutejsze zawody. Wśród nich znajduje się górnik z lampą górniczą i rolnik trzymający kosę. Wszyscy są napełnieni Duchem Świętym. Na ich twarzach widać ślady zmagania z życiem, ciężką pracą, znojem i troskę o chleb powszedni [2].

 

 

 

 

 

 

Fot. 6. Klaus Hegenscheidt [6, 7]

Warto także nadmienić, że w Żorach Otto Hegenscheidt wspólnie ze swoim synem Klausem ufundował jeszcze potężniejszy witraż w kościele ewangelickim Zbawiciela. Witraż ten przedstawia klęczącą postać chorego młodzieńca oraz kobietę, którzy wsłuchują się
w głos anioła, na objawiającego się nad nimi Anioła wchodzi światło padające z góry, które przyjmuje formę krzyża i nosi imię Jezusa Chrystusa. Jedna osoba ze sceny biblijnej nie została dosięgnięta przez radosną wieść anioła. Twarz mężczyzny nosi wyraźnie ślady zwątpienia i obawy, czy głos anioła jeszcze kiedyś do niego dotrze. Witraż ten, niestety, nie przetrwał do czasów obecnych. Uległ zniszczeniu w czasie działań wojennych II Wojny Światowej [5].

Pan Roland Winkler wspomina, że osobiście był świadkiem losów przepięknej fajansowej, barwnej płaskorzeźby wielkości blisko metra, przedstawiającą Matkę Boską
z Dzieciątkiem otoczoną z dwóch stron aniołami. Rzeźba ta mieściła się w jadalni zamku nad drzwiami. Gdy komuniści kazali rzeźbę tę usunąć, uczniowie ukryli ją, ale niestety, ten schowek, w którym została ukryta, nie był pewnym zabezpieczeniem. Pan Roland twierdzi,
że rzeźba ta jest gdzieś ukryta, czeka i nie została zniszczona. Oby jego przypuszczenia były prawdziwe.

Wróćmy jednak do historii rodziny Hegenscheidt. Otto Hegenscheidt chętnie odpoczywał nad niewielkim stawkiem w parku. Było to duże, piękne oczko wodne obsadzone między innymi wierzbami płaczącymi. Niestety, nowy gospodarz po wojnie w krótkim czasie kazał ten stawek zasypać odpadami.

Otto Hegenscheidt przekazał swoją posiadłość 26 letniemu synowi Klausowi
i wyprowadził się w 1923 r. do Jeleniej Góry. W testamencie zapisał pokaźną sumę na fundusz opieki społecznej. Zmarł w 21 maja 1933 roku na zawał serca.

Klaus Hegenscheidt wykazał się w Ornontowicach odziedziczonym po ojcu rozległym gospodarstwie rolnym wskaźnikami produkcyjnymi, które przez kilkadziesiąt lat nie były
w Polsce osiągalne. Przedtem jednak musiał przeżyć I Wojnę Światową, nabyć solidną wiedzę teoretyczną, a przede wszystkim praktyczną, w zakresie mechanizacji rolnictwa
i rolnictwa ogólnie.

W czasie I Wojny Światowej jako 18 letni młodzieniec wcielony został w szeregi żołnierzy lekkiej jazdy, huzarów i służył na froncie wschodnim. Zabrał własnego konia
z gospodarstwa z Ornontowic. Na wschód od Pińska, przy złej pogodzie w bagnistym w terenie żołnierze stali miesiącami, tracąc w tych warunkach dużo koni, a groźny wybuch epidemii czerwonki spowodował również śmierć wielu żołnierzy.

Klaus po ciężkiej chorobie został skierowany do lekkiej kawalerii ułanów
w Gliwicach i służył dalej, aż do zakończenia wojny, na terenie Francji i Włoch. Co ciekawe,  tym samym czasie jego ojciec Otto służył na froncie wschodnim w okolicy Rawy Rudzkiej, gdzie panowały cholera, tyfus i ospa zakaźna.

Po zakończeniu wojny Otto czynił dalsze starania, aby przygotować syna
do objęcia tak dużej i dobrze zorganizowanej posiadłości. W tym celu Klaus musiał obowiązkowo po studiach rolniczych ukończyć dodatkowy kurs roczny dla przyszłych zarządców ziemi, w trakcie którego zapoznał się z zasadami organizowania i zarządzania dużymi gospodarstwami rolnymi. W celu nabycia praktycznych umiejętności ojciec wysyłał go na praktykę rolną do sprawdzonych dużych obszarników ziemskich w Galicji. Tam,
w zupełnie nowym środowisku, Klaus spotkał ludzi otwartych, szczerych i zawsze skłonnych do przyjaźni. Przydzielony został do obszarników, a mianowicie państwa Luby i Mirka Lucky w Jałczynie. Było to małżeństwo bezdzietne, w którym obowiązywał ścisły, wręcz metodyczny, podział pracy, realizowany w konkretnym celu i z wzajemną miłością. Żona zajmowała się domem i hodowlą zwierząt. Natomiast w ramach pracy społecznej prowadziła w domu coś w rodzaju ośrodka zdrowia, udzielając pierwszej pomocy osobom potrzebującym. Była osobą cierpliwą i stwarzała sprzyjającą atmosferę nawet w trudnych
i beznadziejnych sytuacjach. Oprócz tego wychowywała dziewczęta
sieroty, zatrudniając
je do różnych prac. I tak w zależności od wieku: dziewczęta 10 i 11 letnie do pielęgnacji drobiu, 18 letnie do pracy w kuchni, natomiast 20 letnie otrzymywały wiano i wychodziły
za mąż. Gospodarz Mirko zajęty był organizacją pracy i finansami gospodarstwa. Społecznie brał czynny udział w poradnictwie rolniczym [2, 5].

Na uwagę sługuje fakt, że Klaus Hegenscheidt zdobył w Galicji wiele umiejętności zawodowych, czego dowodem jest urzędowa opinia z miejsca odbytej praktyki, w której między innymi dowiadujemy się, że był człowiekiem zdolnym i pilnym. Wykazał się dużą wiedzą fachową i umiejętnościami organizacyjnymi. W Galicji wśród Ukraińców i Żydów poznał ciekawych ludzi. Zaprzyjaźnił się z Panem Czapskim, znanym i szanowanym hodowcą bydła, który namawiał go w czasie dalszych kontaktów do prac hodowlanych nad stadem bydła w Ornontowicach i Dębieńsku.

W 1923 roku Otto Hegenscheidt przekazał 26 letniemu synowi Klausowi całą posiadłość. Ten zaś postanowił ulepszyć i unowocześnić gospodarkę, wprowadzając nowatorskie rozwiązania w różnych dziedzinach produkcyjnych. Dotychczasowe ogrodnictwo wykorzystywane tylko dla potrzeb własnych przekształcił w dochodową gałąź produkcyjną. W tym celu wykorzystał swoją wiedzę i doświadczenie kwalifikowanego ogrodnika Pana Skowronka i rozszerzył hodowlę kwiatów doniczkowych, w tamtych czasach bardzo chodliwych i poszukiwanych. W ramach obowiązującej reformy rolnej
w latach 1930
1931, która miała za zadanie zaspokojenie regionie Ornontowic głodu, szczególnie wśród rodzin robotniczo chłopskich, Klaus Hegenscheidt sprzedał
po przystępnej cenie, ustalonej przez państwo, około 1/4 części użytków rolnych. Uzyskane pieniądze przeznaczył głównie na budowę zakładu mleczarskiego w Katowicach. Uruchomił również 7 sklepów z produktami mleczarskimi. Dla uzyskania mleka wolnego od bakterii, przeznaczonego do przerobu w mleczarni, opracował metodę błyskawicznego chłodzenia mleka wydojonego z krów. Mleko było wlewane do zbiornika w oborze, następnie rurociągiem płynęło do chłodni wodnej w sąsiednim pomieszczeniu, po czym spływało
do konwi obłożonej lodem naturalnym. W ten sposób obniżano temperaturę mleka z 36 °C
do 8 °C [3, 5].

Warto odnotować, że Klaus dokonywał również zakupu zwierząt hodowlanych dla polepszenia jakości stada bydła oraz koni. Wykorzystał umiejętności nabyte u Czapskiego
i sprowadził za jego pośrednictwem wysokiej klasy buhaja, który przyczynił się wyraźnie
do poprawy jakości stada bydła.

Dla wydajnej produkcji polowej importował na bieżąco kwalifikowane ziarno siewne
i nowe odmiany ziemniaków. Uruchomił także, co ciekawe, tartak i piaskownię dla potrzeb własnych i otoczenia. W ten sposób w krótkim czasie wzrosła ogólna opłacalność poszczególnych gałęzi gospodarczych. Jako dowód, podjętych przez niego decyzji, niech posłuży przykład obory liczącej 85 krów pod kontrolą użytkowości mlecznej. Przeciętna wydajność tłuszczu wynosiła 3,69 %. W historii hodowli bydła w Polsce dopiero po 32 latach stado krów Państwowego Ośrodka Hodowli Zarodowej w Osieku wykazało w roku 1968 zbliżone parametry produkcyjne (wg pisma Ministerstwa Rolnictwa z dnia 28 kwietnia
1968 r.). Jest to dla Ornontowic naprawdę wielkie historyczne wyróżnienie, zasługujące na uznanie. Warto również przytoczyć dwie rekordzistki w produkcji mleka, a mianowicie krowę o nazwie Carbola, której wydajność roczna wynosiła 7902 kg mleka o zawartości tłuszczu 3,95% oraz Zila
7575 kg mleka o zawartości tłuszczu 4,32% [3, 5, 7].

Dla ulepszenia bazy paszowej Klaus Hegenscheidt sprowadził z zagranicy dwa duże silosy wieżowe, które wpłynęły na radykalną poprawę w żywieniu bydła w okresie zimy. Proces kiszenia zielonki w tych silosach przebiegał bez strat [6].

Do roku 1939 Państwo Hegenscheidt przeznaczali znaczne fundusze na wspieranie hodowli koni wierzchowych. Dlatego też Klaus Hegenscheidt każdego roku na podkładzie koni krwi arabskiej i pełnej krwi angielskiej potrafił wyhodować kilka szybkich i zwrotnych koni wierzchowych przeznaczonych dla Wojska Polskiego. Po ojcu kontynuował również na obszarach leśnych nasadzenia dębów czerwonych, charakteryzujących się szybkim wzrostem i odpornością na mróz oraz zanieczyszczenia powietrza, których na Górnym Śląsku nie brakowało, jak również sosny austriackiej, najważniejszej odmiany dla rejonów przemysłowych.

Ciągły postęp w gospodarstwach Hegenscheidtów promieniował na całą okolicę. Mimo to były okresy, kiedy namawiano Klausa do sprzedania całego majątku. Jednak jego przywiązanie do miejsca urodzenia i odpowiedzialność za odziedziczony po ojcu majątek odsuwały powstającą nieraz nierealną myśl.

Klaus Hegenscheidt na terenie naszego województwa był także czynnym działaczem różnych związków i towarzystw rolniczych. Należał do osób towarzyskich, miał dar konwersacyjny, dlatego też często przewodniczył różnym obradom i dyskusjom. Posiadał opinię człowieka tolerancyjnego, nie był kłótliwy ani zuchwały. W jego środowisku uważano go za dobrego doradcę w różnych zagadnieniach oraz problemach rolniczych. Był szarmancki
i ujmujący. Wykazał dużą wrażliwość na nędzę, ludzkie problemy i zawsze spieszył
z pomocą. Rygorystycznie i skrupulatnie co miesiąc sprawdzał dokonane przez administrację wpłaty pieniężne na rzecz kościoła (co potwierdzają zapisy w księgach parafialnych). Uważał za wielki zaszczyt udzielania pomocy zdolnej młodzieży chętnej do nauki. Przykładem może być historia związana z niekorzystną sytuacją finansową rodziny Kotyczków, szczególnie
w dalszych opłatach związanych ze studiami wyższymi syna. Kiedy Ludwig Kotyczka znalazł się na liście górników przeznaczonych do zwolnienia z pracy w efekcie szerzącego
się bezrobocia, bezpośrednia interwencja Klausa Hegenscheidta u dyrektora kopalni
w Knurowie była dla tej rodziny zbawieniem, gdyż nazwisko górnika Kotyczki zostało skreślone z listy osób przeznaczonych do zwolnienia, a syn szczęśliwie i w terminie ukończył studia w Krakowie [3].

Klausa cechował ponadto głęboki samokrytycyzm, ale też skłonności do życzliwego krytykowania innych, co odziedziczył po jego matce, która przy każdej okazji, często półżartem, półserio, w formie satyrycznej, coś krytykowała, jednak zawsze z umiarem
i wyczuciem. W towarzystwie junkrów nie potrafiła znosić monotonii i nudy.

Istotnym faktem jest to, że Klaus Hegenscheidt podziwiał zawsze pracowitość mieszkańców Ornontowic i Dębieńska, a szczególnie rodziny o charakterze robotniczo chłopskim, które wykazywały dużą szczerość i dobroduszność, a zarazem nigdy nie dały się oszukać, co świadczyło o ich pewnego rodzaju przebiegłości i wyrachowaniu. Często też powracał wspomnieniami do czasów spędzonych w Galicji wśród szczerych przyjaciół, bowiem był to dla niego najlepszy okres w życiu. Od wczesnych lat młodości wyrażał negatywny stosunek do wszystkiego co było związane z uporem i nieustępliwością,
a szczególnie przesadną westfalską dyscypliną rodziny Hegenscheidtów [3, 5].

Annemarie Hegenscheidt żona Klausa

W czasie pobytu w Rumunii i Turcji Pani Ruth Hegenscheidt, siostra Klausa, zaprzyjaźniła się z panną Annemarie Schnick i w roku 1927 zaprosiła ją na swoje wesele
do Ornontowic. Wtedy też poznał ją Klaus, jako młodą studentkę medycyny, z którą ożenił się w 1928 roku. Było to gorzkie rozczarowanie, a jednocześnie niezrozumienie, dla ojca Klausa, który czuł wielki żal do syna, że nie znalazł sobie małżonki w rodzinie związanej
z rolnictwem [5].

Mimo, iż Klaus odpowiedzialny był za rozległe i bardzo dobrze funkcjonujące gospodarstwo rolne i różne dodatkowe przedsiębiorstwa, a przy tym miał poważne kłopoty zdrowotne, posiadał jedną nerkę, mimo to został powołany w 1941 roku do służby wojskowej. Przebywał na terenach wschodnich w okolicy Rylska jako doradca do spraw rolnictwa i zaopatrzenia w żywność. Jego żona Annemarie Hegenscheidt (fot. 7) przerwała wówczas zaoczne studia medyczne we Wrocławiu i zdecydowała się podjąć obowiązki
za męża, prowadząc dalej skutecznie rozległe gospodarstwo i przedsiębiorstwa. W listach Klaus podtrzymywał ją jak tylko mógł na duchu i podkreślał jej uzdolnienia. Przekonywał,
że podejmowane przez nią decyzje będą w pełni uzasadnione i trafne.

 

 

 

 

 

 

Fot. 7. Annemarie Hegenscheidt [6, 7]

W roku 1943 z okolic Szitomira na Ukrainie, Klaus Hegenscheidt został przeniesiony do Włoch, w okolice Wenecji. Prowadził z żoną stałą korespondencję, aż do końca kwietnia 1945 roku. W Trieście był odpowiedzialny za zaopatrzenie w żywność. 1 maja 1945 roku,
już po zajęciu przez Amerykanów miasta Novara niedaleko Milano, niespodziewana kula
z pistoletu była dla Klausa Hegenscheidta, przebywającego w biurze, śmiertelna. Mogiła Klausa Hegenschedta znajduje się na cmentarzu w Novarze, gdzie każdego roku żona Annemarie, a obecnie rodzina, składa wiązanki kwiatów [3].

Annemarie Hegenscheidt wprowadziła do Ornontowic kulturę oraz doświadczenia nabyte w młodych latach na terenie Turcji i Rumunii. Urodziła się w 23 czerwca 1907 roku
w Turcji, w Stambule (Istambuł, Konstantynopol), w jedynym państwie na świecie, które nigdy nie uznało, co ważne, rozbioru Polski [5].

Rodzice Olga i Robert Schnick wzięli w 1905 roku ślub w Bukareszcie. Matka Olga, urodzona w 1883 roku, jako uzdolniona, wysportowana 17 letnia panna, zatrudniona była jako nauczycielka domowa w Bukareszcie. Ojciec Robert, urodzony w 1878 roku, z zawodu inżynier, był specjalistą budowy nowoczesnych, jak na ówczesne czasy, młynów w Turcji
i Rumunii [4, 5].

Do 17 roku życia Annemarie wychowywała się na terenie Turcji i Rumunii, przede wszystkim na Wyspie Książąt na Morzu Marmare. Tam mieszkała obok kompleksu klasztoru grecko ortodoksyjnego, będącego jedynie pod opieką mnichów, gdyż działalność klasztoru była wtedy przez państwo tureckie oficjalnie zakazana. Obszerny obiekt był otoczony bogatą florą, w tym egzotycznymi drzewami i krzewami oraz dywanami różnych roślin kwitnących, w tym szczególnie niezliczoną ilością róż. Wspaniały mikroklimat tworzył w parkach
i ogrodach na wyspie wrażenie ziemskiego raju. Wieloletni kontakt z tak piękną przyrodą wytworzył u niej głębokie zamiłowanie do roślin oraz ich piękna, czego dowodem są późniejsze usilne starania o wzbogacenie szaty roślinnej w przyzamkowym parku
w Ornontowicach [4].

Annemarie w wieku 7 lat była dzieckiem mądrym i bardzo zdolnym, ale zarazem przesadnie uczuciowym i wrażliwym na różne niekorzystne, i trudne zjawiska w środowisku. Dlatego też przypadkowy widok obsługi przepełnionego pociągu z rannymi żołnierzami
w 1915 roku zrobił na 8 letniej dziewczynce piorunujące wrażenie, wywołał szok, który pozostawił ślad i stał się przyczyną, a jednocześnie kierunkiem wyboru przyszłego zawodu,
a także stałej gotowości do udzielania w różnych sytuacjach pomocy osobom potrzebującym.

Matka Annemarie przestrzegała u swoich dzieci wszechstronnego rozwoju fizycznego, dlatego też jej córka opanowała do perfekcji sport wodny i jazdę konną. W pływaniu na Morzu Marmara była wówczas nie do pokonania.

Na Wyspie Książąt koncentrowała się elita inteligencji przybywająca z całej Europy, wywierająca duży wpływ na osobowość młodej dziewczyny. Tam właśnie w krótkim czasie Annemarie opanowała biegle, szczególnie w mowie, język angielski i francuski. Uczęszczała również do angielskiej szkoły dla dziewcząt, gdzie nabyła umiejętności praktycznych, które wykorzystała później w Ornontowicach. Maturę zdała w roku 1926 i rozpoczęła upragnione studia medyczne [4].

Jako żona Jana Klausa Hegenscheidta w 1928 roku i właściciela rozległej posiadłości, przystąpiła do aktywnej współpracy z mężem, rezygnując na czas nieokreślony ze studiów medycznych. Współżycie małżeńskie układało się bardzo pomyślnie. W Ornontowicach znalazła okazję i możliwości stworzenia, na wzór środowiska z lat młodości, pięknej oazy roślin ozdobnych i od zaraz przystąpiła do uszlachetniania oraz wzbogacania szaty roślinnej w parku przyzamkowym. Sprowadzała sukcesywnie przez 8 lat rzadkie gatunki roślin ozdobnych [4, 5].

Interesujące są relacje Stefanii Zopołki  i Łucji Skopińskiej, która pełniła służbę w zamku i pamięta wiele zdarzeń z życia rodziny Hegenscheidtów.  W dalszym opisie historii skorzystamy z wiadomości i wspomnień opisanych przez wymienione osoby.

  Najbliższe otoczenie zamku Annemarie obsadzała krzewami bzów szlachetnych, jaśminami i forsycją, a także cisami. W głąb parku dokonano nasadzeń różaneczników, azalii, magnolii i wielu róż rabatowych oraz parkowych. Obok zamku wśród potężnych głazów założony był ogród skalny (skalniak) obsadzony bylinami w bogatym zestawie, gdzie często teściowa Annemarie wykonywała prace pielęgnacyjne, usuwała chwasty.
Wspaniale prezentowały się okazy narcyzów w różnych odmianach, które wiosną 1946 roku dodatkowo upiększały otoczenie zamku, a także duży „dywan” bardzo wcześnie kwitnącego rannika, na pewno do dziś w Ornontowicach nie spotykanego. Bardzo duże zastosowanie miały w podszyciu parku delikatny zawilec gajowy i przylaszczka pospolita. Drzewostan wzbogacany był stopniowo rzadko spotykanymi gatunkami drzew. Obrzeża parku zamkowego były gęsto obsadzone, szczególnie w bliskiej okolicy zamku, cyprysikami groszkowymi w różnych odmianach. Sadzono kasztany jadalne o pięknych skórzastych liściach, kolczastych owocach i dużej odporności na zanieczyszczenia atmosfery. Wprowadzono również drzewa dla pszczelarstwa, np. rzadko spotykaną glediczię trójcierniową, przypominającą mimozę o kwiatach wybitnie miododajnych. Buk odmiany miedzianej, dostarczający próchnicy, tulipanowiec amerykański o oryginalnych liściach
i kwiatach, jak również jedlicę o oryginalnych szyszkach oraz wiele innych cennych drzew podnosiło wartość, i piękno drzewostanu parku zamkowego [4].

Annemarie wydzieliła małą powierzchnię dla ważniejszych przyrządów sportowych: metalowych pionowych drążków gimnastycznych, poziomego drążka gimnastycznego, poręczy symetrycznej, równoważni i innych do ćwiczeń lekkoatletycznych.

Park ten stał się oczkiem w głowie Annemarie. Z relacji zmarłej M. Gabryś, byłej pracownicy, dowiadujemy się, że żmudne prace pielęgnacyjne w parku były niechętnie przez robotników wykonywane. Młode pracownice wolały pójść do mniej odpowiedzialnych zadań polowych. Jedynie śp. Maria Trójca z wielkim zaangażowaniem potrafiła wytrwale pracować w parku.

Annemarie co roku organizowała na koszt gospodarstwa dwu tygodniowe kolonie letnie dla dzieci pracowników w okolicy Bielska. Wykorzystując swoje umiejętności
w pracach ręcznych, nabyte w szkołach tureckich, zachęcała młode dziewczęta
do samodzielnych zajęć w tym zakresie. Raz w tygodniu w trakcie spotkań każda uczestniczka dostawała bezpłatnie wszelkie materiały krawieckie i zadanie wykonania najprostszej pracy, np. uszycia koszulki lub fartucha. Dla zdolniejszych uczestniczek były bardziej skomplikowane prace, jak szydełkowanie lub uszycie całej sukienki czy wykonanie na drutach dla siebie części ubrania. Z ciekawszych prac organizowane były wystawy
i rozdawane nagrody [4].

Od 1941 r. Annemarie Hegenscheidt obejmowała obowiązki męża i prowadziła dalej rozległe gospodarstwo rolne oraz podległe jej przedsiębiorstwa, w tym: zakład mleczarski
w Katowicach, gorzelnie w Dębieńsku i inne. Pod naciskiem ojca kontynuowała również zaoczne studia medyczne we Wrocławiu, a praktykę i ćwiczenia medyczne odbywa
w szpitalach na terenie Gliwic. Wykorzystując swoje umiejętności medyczne, prowadziła
na terenie Ornontowic prelekcje na tematy higieny i profilaktyki zdrowotnej, a także badania okresowe dzieci. Według relacji Anny Adamczyk, podejście Annemarie do dzieci było wyjątkowo łagodne. Przykładem może być zabawna historia, gdy jej 4 letniego syna Norberta przed badaniem lekarskim ogarnął strach, wtedy Annemarie rozpoczęła wesołą rozmowę,
a następnie wzięła dziecko na kolana i dopiero, gdy strach u dziecka minął, przystąpiła
do badania. Wykazywała wobec dzieci dużą, wręcz anielską cierpliwość. Po zbadaniu wspomnianego Norberta matka otrzymała stosowne lekarstwo i stały przydział mleka
w ramach akcji dożywiania dzieci w trudnych okresach zaopatrzenia w żywość [4, 5].

Annemarie była wyjątkowo bezwzględna wobec pracowników, którzy w czasie obsługi niebezpiecznych maszyn i urządzeń pozwolili sobie na picie wódki. Ponadto uratowała Pana Kanika, więźnia politycznego, zapewniając mu mieszkanie w suterenie zamku i zatrudnienie w charakterze kowala w swoim gospodarstwie. Wyróżniającym się pracownikom proponowała nieodpłatne przekazanie na własność użytków rolnych. Pracownicy jednak, np. Pan  Czajecki czy Pan Skopiński, odmawiali przyjęcia pola, ponieważ nie widzieli możliwości i warunków do samodzielnego prowadzenia gospodarstwa. Być może zabrakło im odwagi i zaangażowania. Jedynie Pan Hauschild przyjął darowiznę w tej postaci [4, 5].

Anemarie często przez całą noc sprawdzała niejednokrotnie zawiłą i skomplikowaną dokumentację rozbudowanej działalności produkcyjnej i gospodarczej. Na uwagę zasługuje również jej religijność, bowiem na biurku zawsze stał obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Wobec wierzącej i praktykującej obsługi była przychylna. Dla przykładu, kiedy ktoś wykazał chęć uczestnictwa w nabożeństwie majowym, zawsze wyrażała zgodę i osobiście przejmowała w tym czasie wszystkie bieżące prace w gospodarstwie [5].

Zawiłe prace organizacyjne związane z prowadzeniem rozległej posiadłości
nie przeszkadzały jej w obowiązkach związanych ze studiami medycznymi. W 1944 roku ukończyła trzeci semestr studiów i przyjęła do wiadomości wyznaczony we Wrocławiu
na 12 lutego 1945 roku termin egzaminów końcowych.

W roku 1944 duży folwark w Ornontowicach i Dębieńsku zaliczany
był do najlepszych w województwie. Annemarie Hegenscheidt została wytypowana
do udziału w losowaniu nowoczesnych, jak na ówczesne czasy, maszyn rolniczych. Wylosowała najcenniejszą maszynę
kombajn zbożowy marki Class, bardzo nowoczesny
i niezastąpiony w tak dużym gospodarstwie. Cieszyła się więc, że następne żniwa, w 1945 roku, nie będą dla pracowników gospodarstwa tak uciążliwe, gdyż zdobyty kombajn
w znacznym stopniu przyspieszyłby i ułatwiłby ich realizację. Warto również wspomnieć,
że w gospodarstwie pojawiły się także inne, bardzo nowoczesne jak na tamtejsze czasy maszyny, takie jak kosiarki ciągnione Fahr oraz pierwsze ciągniki Lanz – Bulldog [6].  Niestety, dalszy przebieg wojny stał się dla rodziny Hegenscheidtów bardzo nieprzychylny, a wręcz niekorzystny.   

Pani Hegenscheidt wraz z trójką dzieci opuściła Ornontowice w ostatniej chwili, tuż przed wejściem wojska radzieckiego. W pośpiechu zorganizowano trzy otwarte pojazdy konne. W jednym z nich umieszczono żywność dla ośmiu osób oraz podręczny bagaż, w tym odzież, koce i prowiant na drogę. Urządzono również miejsce dla trojga dzieci, najmłodsza córka, 3 letnia Marianna, już wcześniej opuściła Ornontowice. Pierwszy zaprzęg konny prowadziła osobiście Annemarie Hegenscheidt. Dwa następne, wypełnione paszą dla sześciu koni, była ona niezbędna w okresie zimy, prowadzone były ochotniczo przez czterech dezerterów z wojska radzieckiego. Wyjazd w kierunku Raciborza nastąpił w nocy ze środy na czwartek, a dokładnie z 24 na 25 stycznia 1945 roku. Była to decyzja słuszna, bowiem wojska radzieckie już 27 i 28 stycznia 1945 roku uporczywie poszukiwały właścicielki zamku,
tak zwanej „hadziacki”, nawet w budynkach zamieszkałych przez pracowników folwarku
[4, 5]. Przypomnijmy, że radzieccy żołnierze nie tolerowali niczego co kapitalistyczne
i własne.

Mroźna noc i gołoledź na drogach wymagały od wszystkich podróżujących poświęcenia i odporności psychicznej i ustawiczną walką ze snem. W Raciborzu Pani Hegenscheidt musiała zdecydować się na dalszą podróż pociągiem, na własną rękę,
w kierunku Legnicy. Stamtąd wysłała swoje dzieci dalej na zachód, a sama pospieszyła
do Wrocławia z nadzieją, że zdąży przygotować się i zdać w terminie końcowe egzaminy medyczne na swojej uczelni. Nie zdawała sobie sprawy z beznadziejnej sytuacji jaka z dnia
na dzień zapanowała, za wszelką cenę dążyła do zdobycia upragnionych kwalifikacji zawodowych. W tym celu odważnie, narażając własne życie, weszła w strefę tak zwanej ziemi niczyjej, między obiema liniami walczących wojsk, na przedmieściach Wrocławia, gdzie znajdował się jej akademik. Zabierała ważniejsze podręczniki medyczne oraz mikroskop, który był jej prezentem ślubnym od Klausa, by najpierw w schronach przeciwlotniczych, a później w szpitalu, w którym podjęła bezpłatną pracę sprzątaczki, przygotowywać się dalej do egzaminów [4].

Niestety, nakaz opuszczenia Wrocławia przez mieszkańców objął również członków komisji egzaminacyjnej. Annemarie opuszczała Wrocław już pod ostrym ostrzałem artyleryjskim, spiesząc do swoich dzieci. Po drodze była świadkiem tragedii, ponieważ zmarła jej znajoma, która przed śmiercią prosiła ją o zaopiekowanie się pięciorgiem dzieci. Transport tych dzieci do miejsca przeznaczenia udało się zorganizować z wielkimi trudnościami, ale mimo tego sprostała podjętemu zobowiązaniu. Podróż na zachód wielokrotnie przerywana była nalotami amerykańskich samolotów.

Po dotarciu na miejsce umieściła dzieci w bezpiecznym miejscu, sama zaś udała
się do Berlina, gdzie na podstawie dokumentacji przebiegu studiów uzyskała zezwolenie
na składanie egzaminów końcowych. Przygotowywała się do nich przeważnie w schronach przeciwlotniczych w bardzo trudnych warunkach. Tam też przeżywa pierwsze spotkanie
z wojskiem radzieckim. Szczęśliwy zbieg okoliczności umożliwił jej kontakt z kierownikiem szpitala w Babelsbergu, Panem doktorem Wendte, który zatrudnił ją nieodpłatnie na terenie szpitala i tym samym zapewnił pełną ochronę przed Rosjanami [4].

Pobyt w tamtejszym szpitalu wymagał od człowieka dużego poświęcenia i wyrzeczeń. Podstawowym produktem żywnościowym były przez długi czas zwykłe suszone ziemniaki, wykorzystywane w normalnych warunkach jako pasza dla zwierząt. Annemarie przygotowywała się do egzaminów przeważnie nocą, zaliczając je sukcesywnie. W dniu
3 sierpnia 1945 roku zdała pomyślnie egzaminy dyplomowe. Postanowiła więc opuścić szpital i wrócić do swoich dzieci.

W drodze powrotnej zatrzymała się w mieście Erfurt obok miejscowości Bad Herzfeld, gdzie w internacie szkolnym przebywała je córka Nicol. Przeżyła tam bardzo wstrząsające chwile. Chcąc dostać się do córki musiała przejść w zorganizowanej grupie przez Las Turyński, przekraczając wtedy jeszcze nie ustaloną linię demarkacyjną, gdzie mieściły się na przemian posterunki amerykańskie i radzieckie. Dla spokojnego przejścia obok posterunku radzieckiego wystarczyła tak zwana zbiorowa składka. Jednak w jednym miejscu całą grupę ludzi umieszczono w piwnicy budynku zajętego na potrzeby posterunku. Stamtąd wyprowadzono Annemerie pod bronią i popychając w pistoletem prowadzono
w kierunku lasu. Przeraźliwy, powtarzający się krzyk: „Jestem matką czworga dzieci…”, wypowiedziany po polsku, zmienił decyzję Rosjanina, który puścił ją wolno. W obawie przed oddaniem strzału Annemarie biega w kierunku najbliższego posterunku amerykańskiego. Znając biegle język angielski opisała Amerykanom całe zajście, jakie ją spotkało. Amerykanie byli przekonani, że to jej ubiór był podejrzany, szczególnie długie spodnie, zbliżone kolorem do ubioru wojskowego [4, 5].

Zapewniwszy bezpieczne miejsce dzieciom, Annemarie Hegenscheidt czyniła usilne starania o stałą pracę. Jednak w tym okresie było wielu bezrobotnych lekarzy, nawet tych
z wieloletnim stażem. Ponieważ należała do osób aktywnych i przedsiębiorczych wytypowano ją do pracy na terenie Anglii, by zapoznała się z działalnością organizacyjną tamtejszych przyklasztornych klinik medycznych. Znała dobrze język angielski, toteż
w krótkim czasie znalazła tam wyjątkowo przyjaznych ludzi. Doświadczenie nabyte w Anglii Annemarie wykorzystała w następnych latach w pracy zawodowej w szpitalu w Bremen. Specjalizowała się głównie w chorobach kobiecych, a od 1953 roku pełniła funkcję kierowniczą w tym szpitalu. W tym czasie jej syn Piotr skończył studia medyczne
i po siedmioletniej praktyce lekarskiej w Indiach objął po matce w 1978 roku posadę
w szpitalu [4].

Annemarie Hegenscheidt była dumna, że jej dzieci pomimo trudnego dzieciństwa osiągnęły swój cel życiowy i od wielu lat pracują zawodowo. Jej córka Nicol jako dyplomowany psycholog, syn Otto jako inżynier budownictwa wysokiego i podziemnego oraz rzeczoznawca sądowy, syn Piotr jako lekarz medycyny, córka Marianna   jako psycholog dyplomowany ze specjalizacją psychoanalityka i psychoterapeuty [5].

Pani Hegenscheidt mieszkała wraz z rodziną w tzw. „Małych Ornontowicach”
w Dolnej Saksonii, w budynku otoczonym ogrodem. Rosną tam dziś cyprysy groszkowe rozmnożone z sadzonek zielnych matecznika z parku przyzamkowego w Ornontowicach.
Dla porównania
w tym samym wieku są identyczne cyprysy przed budynkiem sióstr klasztornych w Ornontowicach. W czasie ostatniego pobytu w Ornontowicach pani Hegenscheidt zabrała na pamiątkę kilka egzemplarzy tej właśnie rośliny [4].

Również z wielką radością odebrała łyżeczkę i mały widelec z monogramem „AH” znalezione w Ornontowicach wśród bawiących się w piasku dzieci. Były to egzemplarze pamiątkowe z 60 osobowego kompletu sztućców.

Annemarie Hegenscheidt była zadowolona, że w pomieszczeniach zamkowych mieści się szkoła. Zmarła w 30 kwietnia 1998 roku w wieku 91 lat. Pochowano ją na cmentarzu w Hammenstedt w Dolnej Saksonii [5].

Bibliografia

[1] Głos Ornontowic. Kwartalnik Samorządowy. Nr 11/98, 1998.

[2] Głos Ornontowic. Kwartalnik Samorządowy. Nr 12/98, 1998.

[3] Głos Ornontowic. Kwartalnik Samorządowy. Nr 13/98, 1998.

[4] Głos Ornontowic. Kwartalnik Samorządowy. Nr 14/98, 1998.

[5] Kloch B., Mrzyk M., Siebel J., Szpala D.: Dzieje Ornontowic. Agencja Reklamowo – Wydawnicza VECTRA, 1999.

[6] Zarzycka S., Kaczor A., ARTeria – Centrum Kultury i Promocji w Ornontowicach: Oronotnowice w Dawnej Fotografii. Agencja Reklamowo – Wydawnicza VECTRA, 2011.

[7] https://historiaornontowic.pl/Rodzina_Hegenscheidt

[8] Zbiory Archiwum Miejskiego w Gliwicach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *